
Czwarty sezon serialu „Ted Lasso” na platformie Apple TV to powrót sympatyczny, ale nie bezbłędny. Serial wciąż ma to, co zawsze go wyróżniało: ciepło, pogłębionych bohaterów i unikalne zderzenie brytyjskiej ironii z amerykańskim optymizmem. Zmiany w obsadzie, przerwa fabularna po domkniętym finale trzeciego sezonu i kilka naiwnych wątków sprawiają jednak, że magia działa rzadziej niż kiedyś. Mimo to na tle współczesnych komedii „Ted Lasso” pozostaje serialem wyjątkowym, a kobieca drużyna AFC Richmond to ciekawy pomysł na nowy rozdział tej historii.
Kobiecy football – temat czy tylko tło?
Największa zmiana to przeniesienie akcji do drugoligowej kobiecej drużyny AFC Richmond. Ted Lasso (Jason Sudeikis) obejmuje zespół, który w praktyce jest półamatorską aktywnością, a nie klubem, o którym ktokolwiek mówi. Najlepiej widać to wtedy, gdy brakuje napastniczki i trenerzy ogłaszają nabór wśród zupełnie przypadkowych amatorek. Ta scena mówi więcej o poziomie ligi i społecznym zainteresowaniu niż niejedna rozmowa o równouprawnieniu. Podobnie jest z szatnią, którą początkowo przydzielono kobiecej drużynie, a która przypomina schowek na szczotki w zestawieniu z szatnią męskiej drużyny.

Pytanie brzmi, czy serial naprawdę mierzy się z nierównościami w sporcie, czy tylko używa ich jako dekoracji dla znanej formuły feel-good. Odpowiedź jest dość szczera: bliżej mu do drugiego. Widać wrażliwość i dobre intencje, ale konflikt rzadko sięga głębiej niż do poziomu sympatycznych zgrzytów. Brakuje wściekłości i twardych liczb, które każą widzowi poczuć, jak wygląda ta nierówność. To wciąż „Ted Lasso”, a nie dokument, więc trudno mieć o to wielkie pretensje, ale potencjał był większy.
I po co było wracać, czyli drugie szanse i cena nostalgii
Trzeci sezon „Teda Lasso” domknął historię tak elegancko, że czwarty musi odpowiedzieć na niewygodne pytanie o własną rację bytu. Żyjemy w epoce nieustannych sequeli, rebootów i kontynuacji, w której popularna marka rzadko dostaje szansę spokojnie umrzeć. Serial częściowo broni się tym, że nie odtwarza starej formuły, tylko przesuwa ją w nowe miejsce. Ted Lasso wraca do Londynu, ale jednak nie zupełnie na stare śmieci – znów musi stawić czoła nowemu wyzwaniu, bo zarządzanie kobiecą drużyną na dorobku to zupełnie inna para kaloszy.

Cena jest jednak widoczna gołym okiem. Odeszło kilka lubianych postaci, w tym Jamie Tartt i Nate Shelley, a wraz z nimi niemal cała zgrana męska drużyna AFC Richmond, która była sercem wcześniejszych sezonów. Brakuje tej chemii, tych żartów rodzących się z wieloletniej znajomości, tego poczucia, że każdy drugoplanowy bohater ma własną duszę. Wprawdzie twórcy pokusili się o ukłon w stronę fanów serialu i niemal wszystkie ulubione postaci z wcześniejszych sezonów dostają choć małe „cameo” – gościnnie w jednym odcinku pojawiają się m.in.: Phil Dunster (Jamie Tartt), Nick Mohammed (Nate Shelley), Sarah Niles (dr Sharon Fieldstone), James Lance (Trent Crimm) oraz kilku z piłkarzy męskiej ekipy.

Przerwa fabularna dodatkowo sprawia, że wchodzimy w świat, który musimy poznawać prawie od nowa. To zrozumiałe, że poziom IV sezonu nieco spadł, bo nowe postacie nie mają jeszcze „zapasu” sympatii i wspólnych historii, jakie mieli starzy bohaterowie.
Przywództwo i męskość w świecie, który się zmienia
Ted Lasso trafia do środowiska, w którym stare metody niekoniecznie działają. To dobra okazja, by wrócić do pytania, czy empatia wystarczy za całą strategię trenerską. Ted wciąż jest liderem słuchającym, który raczej inspiruje, niż narzuca, i raczej buduje zaufanie, niż dominuje. W świecie sportu, gdzie przywództwo często utożsamia się z krzykiem i autorytetem, to nadal świeże i ważne, choć serial coraz częściej pokazuje, że sama dobroć nie rozwiązuje strukturalnych problemów.

Temat męskości wybrzmiewa tu jeszcze mocniej, bo mężczyźni są w tym sezonie gośćmi w kobiecej szatni. Roy Kent (Brett Goldstein) i trener Willis Beard (Brendan Hunt) przechodzą ewolucję, która potwierdza, że serial od początku redefiniował stereotypy męskiej siły: czułość, wrażliwość i gotowość do zmiany są tu atutem, nie słabością.

Roy Kent, ongiś wcielenie gburowatego macho, jest coraz bardziej emocjonalnie dojrzały i to nadal jedna z największych radości oglądania. Jego przemiana i dojrzewanie do roli odpowiedzialnego, wrażliwego partnera zaowocuje ponownym zejściem się z Keeley (Juno Temple), która szybko odkryje, że jest w ciąży…
Alice Chilton i granice kobiecej sprawczości
Najciekawszym łukiem narracyjnym sezonu jest historia trenerki Alice Chilton (Tanya Reynolds). Najpierw zostaje odsunięta od roli głównej trenerki przez właścicielkę AFC Richmond, Rebeccę Welton (Hannah Waddingham), która ściąga do klubu Teda. Alice unosi się dumą i chce odejść z Richmond, ale empatyczne podejście Teda zatrzymuje ją. Chilton przyjmuje rolę drugiej trenerki u boku Teda i Bearda, a w finale sezonu wraca na szczyt, gdy Ted odchodzi na miejsce zwolnione przez Roya Kenta. To czytelna, satysfakcjonująca droga od upokorzenia do awansu.

Jest tu jednak zgrzyt. Pozycja Alice wydaje się mocno uzależniona od życiowych decyzji Teda. Lasso. Awansuje nie dlatego, że wygrała z kimś rywalizację, ale dlatego, że mężczyzna zwolnił jej miejsce i zarekomendował. Teoretycznie Rebecca deklaruje, że już zrozumiała, że mimo głoszonych feministycznych poglądów, sama ulegała głęboko zakorzenionym stereotypom, że tylko facet może być dobrym trenerem footballu…

Podobnie wygląda sprawa z innymi wątkami: Rebecca, Keeley, właścicielka lokalnego pubu Mae Green, czy demoniczna Zelda Southport (Tracey Ullman), mają realny wpływ na fabułę, a serial wyraźnie chce oddać kobietom sprawczość. Czy to się udaje w pełni? Częściowo. Kobiety decydują, ale wciąż krążą wokół męskiej osi opowieści, co zdradza, że progresywna deklaracja bywa mocniejsza niż konsekwencja.
Pieniądze, ryzyko i wiara w projekt
Nowa kobieca drużyna piłkarska działa w warunkach ograniczonych zasobów, a część otoczenia traktuje ją jak zbędny koszt dla klubu. Sponsorzy się wycofują, kibicom nie chce się przychodzić na mecze, a cała ekonomia sportu pokazuje się od mało romantycznej strony. To trafna obserwacja – kobiecy futbol bywa dziś traktowany jako ładny dodatek do wizerunku, a nie pełnoprawny produkt. Przed nami długa i mozolna droga budowania sportowego „produktu”, jakim kobiecy football może wkrótce się stać, ale z pewnością jeszcze nie jest.

Projekt nie kończy się fiaskiem dzięki uporowi szefowej klubu i jej dyrektorki marketingu, a ich nieugięta wiara jest jednym z najsilniejszych emocjonalnie elementów sezonu. Spina się to z centralną metaforą: „skocz, zanim spojrzysz”. Ted rzuca wygodne życie w USA u boku swojej rodziny i znów rzuca się w nieznane, zawodniczki ryzykują reputację i karierę, a sam serial ryzykuje, że straci swoją publiczność. Ta zbieżność jest zgrabna, choć nie zawsze przekonująca fabularnie.
Wspólnota, AFC Richmond i postacie, które bawią i drażnią
Kobieca drużyna to galeria bohaterek reprezentujących różne środowiska, grupy etniczne i orientacje seksualne. Serial dalej mówi o otwartości i wzajemnym wsparciu, a robi to z naturalnością, która rzadko wpada w dydaktyzm. AFC Richmond, jako klub i społeczność, zyskuje nowy wymiar – to rozwinięcie świata przedstawionego, ale też redefinicja tożsamości całego serialu, który przestaje być opowieścią o jednym trenerze, a staje się opowieścią o instytucji.

Nie wszystko jednak działa. Tracey Ullman w roli nowej postaci rozczarowuje: jest zbyt przerysowana, a jej odsłonięcie jako „czarnego charakteru” w ostatnich odcinkach wypada topornie. Na plus wyróżnia się Tanya Reynolds, która jest kobiecym wcieleniem Jasia Fasoli, z wyjątkową mimiką i fizjonomią przywodzącą na myśl słynnego komika. Dwa wątki romantyczne, czyli Rebecca z holenderskim pilotem zakończona oświadczynami oraz zejście się Keeley i Roya, wloką się przez cały sezon do z góry przewidywalnych zakończeń. Humor balansuje miejscami na granicy z żenadą.

Czwarty sezon „Teda Lasso” opowiada o ryzyku, drugich szansach i budowaniu wspólnoty od zera, ale robi to mniej błyskotliwie niż poprzednie odsłony. Tracimy część magii, a nowe wątki bywają naiwne i zbyt przewidywalne. Zostaje jednak to, co w tym serialu najcenniejsze: dobrze rozpisane łuki bohaterów, ciepło i niewymuszona wiara w ludzi.
Ogólna ocena serialu TED LASSO (sezon 4) w skali 1-10 (*gdzie 1 – dno/badziewie, a 10 – cud/miód): 7
Lubisz ciepłe i optymistyczne seriale komediowe? – Sprawdź także poniższe propozycje!

Dodaj komentarz