
Serial „Elle” – do obejrzenia na platformie Prime Video – powstał z bardzo konkretnej nostalgii — tej za latami 90-tymi, za nieco plastikową estetyką młodzieżowych seriali typu „Beverly Hills 90210”, za energią „Legalnej Blondynki”, która swego czasu była popkulturowym fenomenem. Oryginalna odtwórczyni roli Elle Woods, Reese Witherspoon, widząc gigantyczny sukces serialu „Wednesday” na Netflix, postanowiła wskrzesić swoją kultową bohaterkę i pokazać ją w wersji licealnej. Pomysł jest ryzykowny, ale intrygujący: co się stanie, gdy ikona różowego empowermentu trafi do świata zbuntowanych nastolatków w pochmurnym i grunge’owym Seattle? „Elle” jest więc jednocześnie listem miłosnym do lat 90., próbą odświeżenia znanej marki, opowieścią typu „fish-out-of-water” i klasycznym serialem typu coming‑of‑age. Efekt? – Mieszany, choć momentami zaskakująco ujmujący.
Nostalgia i powrót Elle Woods
Serial otwiera się wyraźnym mrugnięciem do fanów „Legalnej Blondynki”. Elle Woods w wersji licealnej jest jeszcze nieuformowana, mniej pewna siebie, bardziej zagubiona — ale wciąż ma w sobie ten charakterystyczny błysk i perfekcyjny look nastolatki wychowanej w Beverly Hills, wiernej czytelniczki magazynu „Cosmopolitan”.

Twórcy świadomie grają nostalgią: pastelowe kadry, humor sytuacyjny, lekko przerysowane dialogi i ten zabawny, towarzyszący Elle piesek rasy Chihuahua o imieniu Bruiser, który zawsze ubrany jest w ubranko pasującej do stroju swojej właścicielki… Debiutantka Lexi Minetree grająca Elle Woods zaskakująco dobrze wpasowała się w rolę młodszej wersji Reese Witherspoon.

Jednocześnie serial „Elle” nie jest prostą kopią oryginału. Reese Witherspoon jako producentka próbuje jednak poszerzyć nieco świat Elle znany z dwóch hollywoodzkich filmów i pokazać drogę, którą postać Elle musiała przejść, by stać się tą błyskotliwą studentką prawa, która rozwiązała zagadkę kryminalną na sali sądowej. To ciekawy zabieg, choć nie zawsze działa — momentami serial zbyt mocno polega na sentymencie i nawiązaniach, zamiast budować własną tożsamość.
Gatunkowe coming‑of‑age i Young Adult
„Elle” wpisuje się w klasyczny nurt produkcji coming‑of‑age i young adult, czyli skierowanych raczej do osób nasto- i dwudziestoletnich. Mamy tu wszystkie typowe elementy gatunku:
- niedopasowanie bohaterki do nowego środowiska,
- pierwsze miłości,
- poszukiwanie przyjaciół,
- odkrywanie własnej tożsamości,
- konfrontację z rówieśnikami i dorosłymi.

Elle zostaje zmuszona do przeprowadzki z Los Angeles do Seattle — miasta deszczowego, szarego, oddalonego od centrum mody i życia celebrytów, jakim jest Los Angeles. Można powiedzieć, że jest to potężny cios dla bohaterki, ale na tym się nie kończy – Elle wkracza do nowej szkoły i okazuje się, że jej idealny look skrojony pod Beverly Hills nie robi tu na nikim wrażenia, a wręcz jest powodem do drwin i szydzących spojrzeń rówieśników.

Lata dziewięćdziesiąte w Seattle to przecież narodziny fenomenu muzyki grunge, zespołu Nirvana i związanej z tym mody na niechlujny wygląd podkreślony obowiązkową flanelową koszulą w kratę, dziurawymi jeansami i glanami. Ten kontrast między Elle a resztą jej kolegów z Seattle działa świetnie – bohaterka, która dotąd żyła w pastelowej bańce, trafia do miejsca, gdzie jej styl, energia i sposób bycia budzą konsternację. To klasyczny motyw „fish out of water”, ale zagrany z lekkością i humorem.
Pierwsze miłości, przyjaźnie i zagadka malwersacji finansowych dyrektora szkoły
Oczywiście „Elle” jak każdy serial z kategorii „young adult” wrzuca swoją bohaterkę w niemożliwy miłosny trójkąt, a właściwie czworokąt. Dustin (Zac Looker) – chłopak o bujnej czuprynie dreadów to pierwsza osoba, która okazuje Elle odrobinę sympatii i stopniowo zaczyna się w niej zakochiwać, choć sama Elle traktuje go raczej jako kumpla. Do czasu – gdy Elle dowie się, że Dustin pocałował jej najlepszą przyjaciółkę z Los Angeles, która przyjechała odwiedzić Elle w Seattle. Tymczasem szkolny sportowiec Miles (Jacob Moskovitz), syn pary gejów dosłownie wpada na Elle na sali gimnastycznej i wpada jej również w oko, ale okazuje się, że jest już zajęty, bo jest chłopakiem Shannon (Danielle Chand) – jedynej dziewczyny w Seattle, która choć trochę rozumie Elle i okazuje jej sympatię.

Gdy Miles i Shannon postanowią się rozstać, Elle zbyt szybko pozwoli sobie na chwilę słabości z Milesem, za co oczywiście spotka ją kara. Poza wątkiem pierwszych miłości, równolegle rozgrywają się perypetie Elle związane z poszukiwaniem prawdziwej przyjaciółki w Seattle. Nie jest to łatwe, bo Elle bardzo źle zaczyna – na siłę chce zaprzyjaźnić się z najpopularniejszą dziewczyną z ostatniej klasy. A tymczasem to skromna lesbijka Liz (Gabrielle Policano) okaże się tą, która wpuści Elle do swojego świata.
W nawiązaniu do przyszłej kariery prawniczej Elle, dodano też wątek kryminalny, który dotyczy sukcesywnie odkrywanych malwersacji finansowych dyrektora liceum w Seattle. Elle posługując się spostrzegawczością i dedukcją domyśla się, że dyrektor ma romans i jest szantażowany. Z pomocą kolegów ze szkoły, Elle udaje się ustalić, kto stoi za szantażem i dokonać zgrabnej demaskacji winnego, a tym samym oczyścić z winy matkę Liz. Czarnym charakterem okazuje się Dean Wilson (James Van Der Beek w swojej ostatniej roli przed śmiecią) – kandydat na mera.
Rodzice Elle – lalka Barbie i nieudacznik-pantoflarz…
Jednym z zabawniejszych wątków jest historia ojca Elle — Wyatt Woods (Tom Everett Scott) to chirurg plastyczny, który kompletnie zepsuł twarz znanej aktorce. Dlatego stał się „persona non grata” i musiał pospiesznie uciekać z Los Angeles. Ten nieco absurdalny pretekst wykorzystano, by przetransferować całą rodzinę do Seattle.

Humor w „Elle” jest mieszanką slapsticku, ironii i pastiszu. Nie zawsze trafia w punkt, ale gdy działa, potrafi naprawdę rozbawić. Serial nie boi się przerysowania, co jest zgodne z duchem oryginalnej „Legalnej Blondynki”. Symbolem tego przerysowania jest postać matki Elle – Eva Woods (June Diane Raphael) to czyste wcielenie lalki Barbie, która wygląda jak jeszcze bardziej dopracowana i wymuskana wersja swojej córki. Eva to klasyczna „trophy wife” – piękna i idealna do organizowania wystawnych kolacji dla socjety.

Wbrew pozorom, to nie Elle, a właśnie Eva najbardziej pragnie wrócić do słonecznej Kalifornii i nie cofnie się przed niczym, by dopiąć swego. Wbrew woli córki, Eva wyśle jej zgłoszenie do konkursu w „Cosmopolitan” i doprowadzi do tego, że ona i Elle przeniosą się z powrotem do Los Angeles.
Łuk narracyjny Elle Woods
Najważniejszy jest jednak rozwój głównej bohaterki. Elle Woods zaczyna jako osoba, która nienawidzi Seattle, jego pogody, jego ludzi, jego grungowego stylu i muzyki. Czuje się obca, niezrozumiana, wyśmiewana. Z czasem jednak odkrywa, że to miasto ma w sobie coś, czego brakowało jej w Los Angeles — autentyczność i szczerość.

W finale koledzy z liceum odwracają się od niej po tym, gdy Shannon pokazuje im konkursowy felieton Elle opublikowany w „Cosmopolitan”, w którym Elle wylicza wady Seattle. Elle wyjeżdża z matką do LA i odbywa staż w Cosmo, zdobywając wymarzony wstęp na galę Złotych Globów. Mimo tego sukcesu, Elle nie odczuwa satysfakcji – okazuje się, że to wyzwania jakie stawiało przed nią pochmurne Seattle bardziej ją kręcą niż łatwo przychodzące jej tryumfy w świecie mody.
Okazuje się, że koledzy ze Seattle postanowili jednak zorganizować imprezę, którą zaczęła planować Elle przed swoim wyjazdem. Gdy Elle dowiaduje się o tym, podejmuje decyzję o powrocie do Seattle. Nie dlatego, że Seattle ją zmieniło, ale dlatego, że ona sama zaczęła patrzeć na świat inaczej.

„Elle” to serial, który balansuje między nostalgią a współczesnością. Ma momenty naprawdę udane — humor, queerowe wątki, kontrast między słonecznym Los Angeles a deszczowym Seattle, rozwój bohaterki. Ma też słabsze — zbyt mocne oparcie na sentymencie, czasem zbyt prostą, schematyczną i przewidywalną konstrukcję fabularną. To produkcja mieszana, ale sympatyczna, lekka, momentami wzruszająca.

Nie jest to nowa wersja „Legalnej Blondynki”, choć fani filmu pewnie odnotują garść nawiązań i elementów, które tworzą wspólne uniwersum Elle Woods. Ten serial to raczej próba znalezienia miejsca dla Elle Woods w świecie współczesnych nastolatków. Nie potrafię ocenić, czy ten serial może do nich trafić, ale obawiam się, że bardziej przypomina „Beverly Hills 90210”, więc na fali sentymentu raczej przypadnie do gustu dzisiejszym 40-latkom.
Ogólna ocena serialu ELLE w skali 1-10
(*gdzie 1 – dno/badziewie, a 10 – cud/miód): 5.5
Lubisz seriale z wątkiem coming-of-age? – Sprawdź także poniższe propozycje!

Zostaw odpowiedź