
Na pierwszy rzut oka serial „Matlock” – którego dwa sezony niedawno zadebiutowały na platformie Netflix – to tradycyjny proceduralny dramat prawniczy w starym stylu. Kathy Bates – zdobywczyni Oscara za rolę w thrillerze „Misery” (1990) – wciela się w Madeline „Matty” Matlock, siedemdziesięcioletnią prawniczkę, którą życie zmusza do ponownego szukania pracy. Z siwymi włosami upiętymi w kok, ubrana w nieco staromodną garsonkę, będzie toczyć sądowe pojedynki, ale też prowadzić własną ukrytą grę. Pod powierzchnią dramatu prawniczego, kryje się tu również historia o matce, która straciła córkę w kryzysie opioidowym i postanowiła rozliczyć winnych zatajenia kluczowych informacji. „Matlock” to serial telewizyjny – kręcony dla amerykańskiej stacji CBS – stworzony dla tygodniowego rytmu telewizji linearnej, a nie dla szybkiego, streamingowego binge-watchingu! Dwa sezony „Matlock” liczą łącznie aż 35 odcinków, więc naprawdę jest co oglądać!
Kathy Bates: babcia, która czasem gryzie…
Siła serialu „Matlock” od pierwszych sekund spoczywa na barkach wspaniałej i wielokrotnie nagradzanej aktorki – Kathy Bates. Szczególnie w pierwszej połowie sezonu 1. nasza uwaga niemal całkowicie koncentruje się na bohaterce kreowanej przez Kathy Bates, a reszta obsady stanowi dość nijakie tło dla jej popisów i aktorskiego kunsztu. Aktorka – którą większość widzów kojarzy z ról w głośnych filmach: „Misery” (1990), „Smażone zielone pomidory” (1991), „Titanik” (1997) czy „Barwy kampanii” (1998) oraz kilku seriali, m.in. „American Horror Story” – udowadniała nie raz, że potrafi zagrać zarówno serdeczność i ciepło, jak i grozę czy bezwzględność. W serialu „Matlock” te nagłe zmiany emocjonalnej temperatury na twarzy Bates możemy obserwować często w ramach jednej sceny!

Budując postać Matty Matlock, Kathy Bates korzysta bowiem z obu rejestrów. Jest rozbrajająco gadatliwa, zapomina coś, gubi okulary, pyta o rzeczy oczywiste, a po chwili zadaje takie pytanie, które rozkłada przeciwnika na łopatki. Pozorna nieporadność starszej pani to jej narzędzie pracy – w jej obecności świadkowie się rozluźniają, przeciwnicy ją lekceważą, a Matty po cichu robi swoje – zbiera dowody i zadaje celne ciosy z zaskoczenia.

Najlepsze są momenty, gdy maska pęka. Bates potrafi w jednej scenie przejść od komedii do bezwzględności, a potem do kruchości kogoś, kto nosi w sobie żałobę, a jednocześnie musi zadbać o nastoletniego wnuka. To aktorstwo na wysokim poziomie, tym cenniejsze, że scenariusz serialu nie zawsze dotrzymuje jej kroku.

W drugiej części I sezonu, a jeszcze bardziej w II sezonie, serial odciąża ją, bo coraz silniejszą pozycję zyskuje Skye P. Marshall wcielająca się w antagonistkę, a z czasem w sprzymierzeńca Matlock, prawniczkę Olympię Lawrence, ale to wciąż Kathy Bates nadaje serialowi jego niepowtarzalny charakter i jest silnikiem narracji.
Pod płaszczykiem prawniczego proceduralu – żałoba, zemsta i opioidy
To najciekawsza warstwa serialu i powód, dla którego warto napisać o „Matlock” coś więcej niż recenzję kolejnego proceduralu z charyzmatyczną bohaterką. Matty trafia do kancelarii Jacobson Moore pod fałszywym nazwiskiem, bo kancelaria reprezentowała koncern farmaceutyczny, którego lek odpowiada za śmierć jej córki. Lekkie sprawy prawnicze, które pracownicy kancelarii Jacobson Moore prowadzą w każdym odcinku są więc tylko kamuflażem, a prawdziwa gra toczy się w tle. Jest to prywatne śledztwo Matty Matlock, zbieranie dowodów i cierpliwe zbliżanie się do ludzi, którzy zarabiali na epidemii uzależnień.

Serial pyta, gdzie kończy się walka o sprawiedliwość, a zaczyna obsesja. Matty Matlock kłamie, manipuluje i wykorzystuje ludzi, którzy jej ufają, a scenariusz nie zawsze udaje, że jest to moralnie czyste. Tło społeczne jest realne: kryzys opioidowy w USA, rola Big Pharmy i prawników, którzy rozmywali odpowiedzialność – to tematy, które do dnia dzisiejszego budzą gorące emocje, szczególnie w rodzinach, które straciły swoich bliskich. Ten kontrast między telewizyjną przytulnością a gniewem pod spodem sprawia, że „Matlock” jest czymś więcej niż rozrywką na jesienny wieczór.
Matlock, czyli reboot, który nie jest rebootem…
Tytuł „Matlock” brzmi jakoś znajomo? – To nie jest przypadek! Oryginalny serial „Matlock” z Andym Griffithem (1986–1995) leciał w amerykańskiej telewizji przez aż 9 sezonów, a w nowym „Matlocku” pojawia się jako referencja, serial w serialu. Matty oglądała go, cytuje go, a nazwisko Matlock jest jej przybranym nazwiskiem, częścią jej kamuflażu. Zamiast odkurzać stary format, twórcy zrobili z nostalgii element fabuły i tym samym uniknęli kopiowania pierwowzoru. To pomysł sprytny, ale też twórczy – tytuł działa jak marketingowy haczyk, a jednocześnie ma sens w świecie przedstawionym.

Podobnie jest z twistem z pilota. Finał pierwszego odcinka zmienia perspektywę – z procedurala o starszej pani, która dostała drugą szansę jako prawniczka, serial staje się opowieścią o jej tajnej misji. Zwrot jest uczciwie przygotowany, a kolejne sukcesywnie ujawniane tajemnice podtrzymują napięcie. Scenarzyści czasem sięgają po cliffhangery odrobinę zbyt chętnie, ale to wciąż rozsądne dawkowanie intrygi w serialu, który musi przetrwać aż kilkanaście odcinków w sezonie.
Ageizm w centrum, czyli niewidzialna siedemdziesięciolatka
Jednym z najciekawszych wątków społecznych w „Matlock” jest ageizm. Matty wie, że kobiety po siedemdziesiątce bywają dla otoczenia przezroczyste – nikt ich nie dostrzega, nie podejrzewa o nic, nie traktuje poważnie, nie widzi w nich zagrożenia. Zamiast z tym walczyć, bohaterka bierze ten stereotyp na warsztat i robi z niego swoją tajną broń. Przez kilka pierwszych odcinków ogląda się to z satysfakcją, ale serial stopniowo wpada w schemat „niedocenianego geniusza” – Matty Matlock niczym MacGyver potrafi rozwiązać każdy problem i znaleźć wyjście z każdej opresji.

Na plus: Matty nie jest świętą ani słodką staruszką. Ma wady, popełnia błędy, bywa też okrutna, np. gdy wykorzysta swoją przyjaciółkę z kancelarii, Panią Belvin (Patricia Belcher), porwie jej psa i będzie ją szantażować, by wydobyć ważne informacje, a finalnie doprowadzi do jej zwolnienia z pracy! To rzadkość, bo kino i telewizja rzadko dają kobietom w tym wieku złożone, moralnie niejednoznaczne role, w których są motorem akcji, a nie tłem. Seans „Matlock” przypomina, że o niewidzialności dojrzałych kobiet można opowiadać z humorem i bez protekcjonalności.
Jacobson Moore – kancelaria prawna jako miejsce pracy i źródło intryg
Serial trzyma się na tym, że poza Matty Matlock ma kim zainteresować widza. Olympia Lawrence (Skye P. Marshall) to ambitna, błyskotliwa prawniczka, a jej relacja z Matty jest pełna napięć, zwrotów akcji i wzajemnego szacunku. Julian (Jason Ritter) dodaje do tego mieszankę wdzięku i niepewności. Chemię między aktorami widać, a konflikty zawodowe i prywatne brzmią w miarę wiarygodnie, choć ich ostatecznego kształtu można się domyślić.

Osobne słowa uznania należą się dwójce sympatycznych i skrajnie różnych asystentów Olympii, empatycznemu Billy’emu Marinezowi (David Del Rio) i ambitnej Sarah Franklin (Leah Lewis). Tworzą zgrany duet, a ich wątki są konsekwentnie rozwijane, dzięki czemu nie są tylko tłem dla głównych bohaterów. Gdy Matty znika z kadru, serial nadal ma kogo podglądać, co w proceduralu wcale nie jest tak oczywiste.
„Matlock” jako serial na wskroś telewizyjny, a nie streamingowy
Tu najważniejsze zastrzeżenie: serial „Matlock” nie powstał dla Netflixa. To produkcja zaprojektowana dla linearnej telewizji – dla naziemnej stacji CBS, w której widz ogląda jeden (!) odcinek tygodniowo. Stąd przed każdym odcinkiem oglądamy recapy, czyli podsumowanie z poprzedniego epizodu, jedna zamknięta sprawa sądowa w każdym odcinku i relatywnie duża liczba odcinków (aż 19 w I sezonie, 16 w II sezonie), niespotykana w serialach platform streamingowych. Pod tym względem serialowi „Matlock” jest bliżej do „Genialnej Morgan” czy „The Good Doctor” niż do „The Good Fight” czy „Better Call Saul”.

Przy maratonie kilku odcinków, ten telewizyjny rytm może zmęczyć. Sprawy sądowe, o których opowiadają poszczególne odcinki, bywają przewidywalne i często służą głównie jako tło dla prywatnego śledztwa Matty, a ich rozwiązania rzadko zaskakują. Dlatego najlepiej oglądać „Matlock” w dawkach – odcinek lub dwa wieczorem, bez presji, bez nadmiernego przyspieszania. Tak oglądany serial zyskuje, bo jego ciepło i regularność działają jak rytuał, a nie jak przeszkoda.

Wiemy już, że stacja CBS zamówiła III sezon serialu, więc przygody Matty Matlock w zakłamanym i brutalnym świecie wpływowych kancelarii prawniczych znajdą kontynuację! Podsumowuję sezon 2 „Matlock” – jego osią są konsekwencje kłamstw Matty, cena zemsty i stawka, która rośnie, im bliżej bohaterka jest prawdy. Kryzys opioidowy wciąż rzuca na wszystko cień, a prywatna misja coraz mocniej konkuruje z lojalnością wobec zespołu kancelarii Jacobson Moore, z którą Matty zdążyła się szczerze zżyć.
Ogólna ocena serialu MATLOCK (sezony 1-2) w skali 1-10 (*gdzie 1 – dno/badziewie, a 10 – cud/miód): 7.5
Lubisz seriale kryminalne z wątkiem prawniczym? – Sprawdź poniższe propozycje!

Dodaj komentarz