
Drugi sezon serialu „Rywale” (ang. tytuł „Rivals”) na platformie Disney+ udowadnia, że serwisy streamingowe także mają apetyt na widowiskowe, emocjonalnie podkręcone i mocno przerysowane opowieści o bogaczach, ich wrogach oraz wojnach toczonych w salonach, sypialniach i gabinetach. Serial, oparty na prozie Jilly Cooper, świadomie sięga po estetykę tzw. „prime‑time soaps” z lat osiemdziesiątych minionego wieku – seriali takich jak: „Dynastia”, „Dallas”, „Falcon Crest” – ale filtruje ją przez brytyjski dystans, ironię i poczucie humoru. Efekt? Produkcja, która nie udaje czegoś, czym nie jest: chce bawić, chce wciągać i chce dawać widzowi czystą rozrywkę. I robi to z zaskakującą konsekwencją!
Brytyjska reinterpretacja amerykańskiego przepychu
To, co w amerykańskich operach mydlanych lat 80. było krzykliwe, przesadzone i podkręcone do granic absurdu, w „Rivals” zostaje przetworzone na bardziej elegancką, choć wciąż wyrazistą formę. Serial nie rezygnuje z dramatycznych zwrotów akcji, kalejdoskopu romansów, zdrad i spektakularnych konfliktów na szczytach brytyjskich mediów, ale podaje je z charakterystycznym angielskim mrugnięciem oka.

W drugim sezonie twórcy jeszcze mocniej akcentują tę mieszankę – bohaterowie są świadomi swojej teatralności, a dialogi często balansują na granicy pastiszu. Dzięki temu serial „Rywale” nie popada w autoparodię, lecz świadomie gra tą konwencją, pozwalając widzowi czerpać przyjemność z jej rozpoznawania. Akcja została oparta na konflikcie dwóch konkurencyjnych stacji telewizyjnych – starej Corinium, należącej do Lorda Baddinghama i nowej Venturer, utworzonej przez playboya/ministra Ruperta Campbell-Blacka, dziennikarza Declana O’Hara i biznesmena Freddie Jones’a.

Aktorzy wiedzą, że grają postaci „larger than life” i świetnie się w tym czują. A trzeba przyznać, że na planie „Rivals” udało się zgromadzić naprawdę szerokie grono utalentowanych brytyjskich aktorów. Na wyróżnienie zasługuje niewątpliwie David Tennant w nietypowej dla siebie roli czarnego charakteru, Lorda Baddinghama, który za wszelką cenę pragnie doprowadzić do publicznego upadku ministra sportu i swojego biznesowego przeciwnika, Ruperta Campbell-Black’a (Alex Hassell). Wykorzystując swoją stację TV, Corinium, ujawnia brudne sekrety z alkowy rywala i doprowadza do jego dymisji z rządu premier Thatcher.
Sentyment do prostszego świata sprzed kilku dekad
Warto zastanowić się, dlaczego właśnie teraz serial o rywalizacji medialnych magnatów, celebrytów i lokalnych elit zdobywa taką popularność. „Rivals” oferuje świat, który – choć pełen osobistych i biznesowych dramatów – jest zaskakująco prosty. Nie ma tu kryzysu klimatycznego, nie ma globalnych napięć, nie ma społecznych podziałów podsycanych przez populistów, które dominują współczesne debaty. Gdy dwie konkurencyjne stacje TV chcą sobie dopiec, to postanawiają przeprowadzić konkurujące transmisje z lokalnego meczu polo.

Konflikty są tu głównie osobiste, a nie systemowe. Emocje są prywatne, a nie polityczne. Jest to eskapistyczna rozrywka w najczystszej formie, pozwalająca zanurzyć się w świecie, w którym największym problemem jest to, kto kogo publicznie upokorzy, kto przejmie lokalną stację telewizyjną, z kim zdradzi cię żona i kto pojawi się na balu w bardziej spektakularnej kreacji.

Ale uwaga – uniwersum „Rywali” to już jest świat, w którym kobiety podnoszą głowę i nie zadowolą się rolą paprotki, sekretarki czy ładnej buzi, która odczyta na antenie TV tekst napisany przez kogoś innego. Równie pięknych, co ambitnych kobiet jest w „Rywalach” aż nadto!

Amerykańska producentka Cameron Cook (Nafessa Williams) potrafi płynnie zmieniać fronty w konflikcie między Baddinghamem a Campbellem-Blackiem, byle tylko powiększyć swój zakres kompetencji. Taggie O’Hara (Bella Maclean) – córka dziennikarza i współtwórcy stacji TV Venturer – rozwija swoją pasję kulinarną do tego stopnia, że staje poszukiwaną dostarczycielką cateringu na imprezy organizowane przez swoich zamożnych sąsiadów. Z kolei matka Taggie, aktorka Maud O’Hara (Victoria Smurfit) – długo zaniedbywana przez zapracowanego męża – rozwija karierę aktorską i zdobywa prestiżową rolę w telewizyjnej adaptacji sztuki Szekspira, realizowanej przez konkurencyjną wobec Venturera stację Corinium. Tymczasem Lizzie Vereker (Katherine Parkinson) – poniżana żona czołowego prezentera Corinium – staje się poczytną autorką romansów i sama również podbija serce żonatego biznesmena Freddiego Jones’a.
Drugi sezon – więcej intryg, więcej humoru, więcej charakterów
Twórcy serialu „Rywale” wyraźnie czują się pewniej niż w pierwszej odsłonie. Drugi sezon rozwija wątki poboczne, daje więcej przestrzeni bohaterom drugoplanowym i odważniej żongluje tonami. W jednej scenie oglądamy dramat rodzinny, w kolejnej – satyrę na brytyjskie elity, a chwilę później – pełnokrwisty romans, czasem także gejowski. Ta różnorodność działa, bo serial nie próbuje udawać realizmu. Jego siłą jest konsekwentne budowanie wielobarwnego świata, w którym emocje są większe niż życie, a bohaterowie – choć przerysowani – pozostają zaskakująco ludzcy.

Drugi sezon podkreśla też walor humorystyczny: ironia, sarkazm, cięte riposty i subtelne żarty sytuacyjne tworzą klimat, którego brakowało w wielu współczesnych produkcjach próbujących naśladować styl retro. Irytująca nowobogacka żona biznesmena Freddiego Jones’a – Valerie (Lisa McGrillis), której słoma co chwila wychodzi z butów i która z takim zapamiętaniem broni czystości wody w nowym rodzinnym nabytku – przydomowym basenie – jest kopalnią żartów.

Sarah Stratton (Emily Atack) – drugoplanowa karierowiczka z I sezonu, która za sprawą kontaktów męża-polityka i własnych łóżkowych zdolności doszła do pozycji prezenterki Corinium – wyrasta w najnowszej odsłonie serialu na jego czystą esencję! Ze swoją burzą blond loków i nieplanowaną ciążą powstałą w wyniku przelotnego romansu z szefem, Lordem Baddinghamem, Sarah staje nad przepaścią, gdy jej rozwiązła przeszłość wychodzi na światło dzienne wraz z ujawnieniem brudów o Campbell-Blacku. W ostatniej chwili pani Stratton nie zawaha się jednak wmówić swojemu niezbyt rozgarniętemu mężowi, że będzie ojcem i tym samym wrócić na łono rodziny, które dotychczas traktowała jedynie jako trampolinę do kariery prezenterki w Corinium.
Czy serial „Rivals” to znak czasu?
Możliwe, że tak właśnie jest! W ostatnich latach widzowie coraz częściej szukają seriali, które nie wymagają od nich emocjonalnego wysiłku ani politycznego zaangażowania. Szukają produkcji, które pozwalają – po pracy – odpocząć od świata pełnego napięć, kryzysów i niepewności. Serial „Rywale” sprawdza się świetnie jako taka eskapistyczna rozrywka!

„Rivals” wpisuje się w ten trend idealnie: to serial, który nie moralizuje, nie komentuje współczesności, nie próbuje być „ważny” i nie męczy widzów trikami narracyjnymi. Jego wartość polega na czymś innym – na umiejętności dostarczania czystej, nieskrępowanej rozrywki. A jednocześnie, dzięki brytyjskiemu humorowi i inteligentnemu dystansowi, nie jest to rozrywka pusta. To świadome granie konwencją, które pozwala widzowi poczuć się częścią gry.

Drugi sezon „Rywali” to udana kontynuacja serialu, który wie, czym chce być – i nie wstydzi się tego, a wręcz jest w tym bardzo konsekwentny! To współczesna wariacja na temat klasycznych oper mydlanych, podana z brytyjską finezją i humorem. Serial nie udaje głębi, ale też nie jest płytki – jego siła tkwi w lekkości, konsekwencji i umiejętności budowania świata, do którego chce się wracać. Jeśli więc szukasz serialu, który pozwoli Ci na chwilę zapomnieć o złożoności współczesnego świata i zanurzyć się w eleganckiej, zabawnej i pełnej intryg rzeczywistości angielskich klas wyższych w barwnych latach 1980-tych, to serial „Rywale” spełni to zadanie z nawiązką!
Ogólna ocena serialu RYWALE (RIVALS, sezon II) w skali 1-10 (*gdzie 1 – dno/badziewie, a 10 – cud/miód): 6.5
Sprawdź także recenzję I sezonu serialu „Rywale”!


Zostaw odpowiedź