
„The Boroughs” to najnowszy serial Netflixa, który produkcyjnie firmują Bracia Duffer. Bracia Matt Duffer i Ross Duffer osiągnęli niebotyczny sukces z serialem „Stranger Things”. Netflix zapewne liczył więc na kolejny popkulturowy strzał w dziesiątkę – w końcu do scenariusza wrzucono tu dużo nośnych składników, także tych sprawdzonych w „Stranger Things”. Tymczasem dostaliśmy produkcję letnią, która niby korzysta z podobnych narzędzi – retro vibe, tajemnica, elementy science‑fiction, nietypowi bohaterowie – ale robi to z mniejszym rozmachem, nie potrafi mocniej zaangażować widzów emocjonalnie, a gatunkowe tropy miesza w nieumiejętny sposób – wytracając energię i napięcie zamiast je umiejętnie budować.
The Boroughs, czyli sama nostalgia to za mało
„The Boroughs” zanurza się w estetyce lat 80. i 90-tych odwołując się do kina przygodowego, thrillerów i fantastyki tamtych dekad. Widać tu inspiracje takimi przebojami kinowymi jak „E.T.”, „Thelma i Louise”, „The Goonies” oraz przede wszystkim „Kokon” (Cocoon), który opowiadał o grupie mieszkańców domu starców na Florydzie, którzy odkrywają, że w basenie sąsiadującej willi ukryte zostały kokony kosmicznych istot, które setki lat temu zostały uwięzione na Ziemi.

W „The Boroughs” wkraczamy do odizolowanego ośrodka dla seniorów – którego nazwę przetłumaczono na polski jako „Włościa” – gdzieś na pustyni w stanie Nowy Meksyk, który wygląda równie pastelowo i pocztówkowo, co złowrogo. Z doświadczenia wiemy przecież, że w takich idealnych małych amerykańskich miasteczkach zawsze czai się jakieś zło!
Główny bohater, Sam Cooper (Alfred Molina), zostaje zawieziony do Włości przez swoje dzieci po śmierci ukochanej żony, która planowała, że właśnie do tego ośrodka przeprowadzą się na starość. Niestety Grace – wcześniejsza mieszkanka domu, do którego teraz wprowadza się Sam – zmarła, zabita przed dziwną, nieziemską istotę… A mąż Grace – Edward (Ed Begley Jr.) cierpiący jakoby na demencję – trafił do specjalnego ośrodka opieki. Gdy Sam go odwiedza, Ed mówi mu, że „sowa mieszka w ścianach”.

Zamiast świeżego spojrzenia na temat wchodzenia w ostatnie dekady życia czy mierzenia się z odchodzeniem najbliższych, dostajemy raczej kolaż znanych motywów. Serial próbuje grać na sentymencie, lecz często robi to zbyt dosłownie, jakby zakładał, że sama obecność retro‑dekoracji wystarczy, by widz poczuł dreszcz ekscytacji.
Emeryci w sci-fi – pomysł świetny, wykonanie nierówne
Najciekawszym elementem „The Boroughs” jest obsadzenie w rolach głównych bohaterów postaci w wieku senioralnym. To rzadkość w produkcjach science‑fiction, a z pewnością stwarza to duże pole do popisu w obszarze komediowym. Twórcy na planie zgromadzili zacne grono znanych i doświadczonych aktorów, którzy z pewnością świetnie się bawili – Alfred Molina, Geena Davis, Alfre Woodard, Denis O’Hare i Bill Pullman – te nazwiska wystarczyłyby przecież do obsadzenia kilku seriali!

Jednak łączenie komedii z sci-fi i horrorem to niebezpieczna mieszanka, bo łatwo wytracić całe napięcie, gdy widzowie przestaną traktować zagrożenie dla bohaterów jako naprawdę poważne. Jest to niewątpliwie jeden z problemów „The Boroughs” – to nieziemskie „coś”, co atakuje mieszkańców ośrodka dla seniorów szybko przestaje nas przerażać, a śledztwo prowadzone przez grupę emerytów nabiera cech slapstickowej komedii pomyłek.

Serial zaczyna obiecująco: pokazuje starszych ludzi jako pełnoprawnych protagonistów, z własnymi traumami, relacjami, nadal aktywnych seksualnie i z poczuciem humoru oraz dystansu do samych siebie. Niestety, wraz z rozwojem fabuły postacie tracą głębię, a scenariusz traktuje ich bardziej jako nośnik żartu niż emocjonalny fundament historii.
Geena Davis ma romans z 30 lat młodszym ochroniarzem – i dobrze!
Jednym z najjaśniejszych walorów serialu „The Boroughs” jest występ dawno nie widzianej gwiazdy Hollwoodu przełomu lat 1980/1990-tych, czyli Geeny Davis. Aktorka znana z kultowych filmów „Thelma i Louise”, „Przypadkowy turysta” (Oscar za drugoplanową rolę), „Mucha”, „Sok z żuka”, czy „Ich własna liga”, wnosi tu pozytywną energię wyzwolonej z ograniczeń wieku kobiety, która mimo że na liczniku ma już 70 wiosen, to nie będzie się krygowała, gdy młody przystojniak zacznie z nią flirtować.

Renee (Geena Davis) to emerytowana menadżerka muzyczna, która w przeszłości rozdawała karty w branży rozrywkowej, a teraz prowadzi życie wesołej singielki i pracuje jako wolontariuszka w centrum społeczności, gdzie prowadzi zajęcia artystyczne. Gdy w centrum zaczynają ginąć przedmioty zawierające kwarc, Renee zgłasza to miejscowej ochronie. Szef ochrony ją zbywa, ale jego podwładny – przystojny Paz (Carlos Miranda) zaczyna flirt i angażuje się w rozwiązanie zagadki znikającego kwarcu.

Wbrew swojemu szefowi, Paz pomaga Renee zainstalować kamery monitoringu w centrum społeczności, a później wspólnie oglądają zarejestrowany materiał. Szybko dochodzi do zbliżenia – dużo młodszy Paz jest zafascynowany witalnością, inteligencją i niezależnością Renee, a ona po prostu korzysta z życia, spędzając upojne chwile w łóżku z Pazem.
Hybryda gatunkowa, która nie może się zdecydować
Twórcy próbują połączyć science‑fiction, thriller, horror, mystery i czarną komedię. W teorii brzmi to jak przepis na coś świeżego, w praktyce jednak serial często gubi ton. Groza nie jest wystarczająco groźna, humor nie zawsze trafia, a elementy sci‑fi bywają zbyt powierzchowne, by naprawdę wciągnąć. Tajemnicze stworzenie, które zdaje się żywić płynem mózgowym mieszkańców ośrodka jest pokazywane w taki sposób, że nie wiadomo, czy mamy się go bać, czy raczej śmiać się z tego, gdy ucieka przed bohaterami przez piekarnik…

W efekcie powstaje produkcja, która balansuje między gatunkami, ale rzadko wchodzi w którykolwiek z nich na tyle głęboko, by wywołać silniejsze emocje.
Nowa produkcja Braci Dufferów to wydmuszka
Choć bracia Duffer są tu producentami, a nie głównymi showrunnerami – podobnie jak w nieco wcześniej wypuszczonym mrocznym horrorze „Something Very Bad Is Going to Happen” (Netflix) – ich nazwisko działa jak obietnica określonego klimatu. I rzeczywiście – „The Boroughs” ma momenty, w których czuć znajomy vibe: tajemnicze zjawiska, małomiasteczkowy niepokój, grupę outsiderów walczących z czymś większym niż oni sami. Problem w tym, że te elementy są jak echo – rozpoznawalne, ale pozbawione mocy, która uczyniła „Stranger Things” globalnym fenomenem.

„The Boroughs” to serial z potencjałem: ciekawy pomysł na bohaterów, nostalgiczna estetyka i gatunkowa mieszanka, które mogły się złożyć na coś wyjątkowego. Niestety, całość wypada zbyt zachowawczo i zbyt nierówno, by naprawdę porwać widza. To produkcja, którą można obejrzeć z sympatii do retro‑klimatu lub z ciekawości, jak seniorzy radzą sobie w sci‑fi, ale trudno mówić o nowym hicie na miarę „Stranger Things”. Tym bardziej nie dziwi więc decyzja Netflixa, by zakończyć produkcję już po I sezonie.
Ogólna ocena serialu THE BOROUGHS w skali 1-10
(*gdzie 1 – dno/badziewie, a 10 – cud/miód): 5.5
Lubisz seriale sci-fi? – Sprawdź także inne nasze propozycje!

Zostaw odpowiedź