
Pewnego ranka Prezydent USA zostaje znaleziony martwy w swojej sypialni. Leży w kałuży krwi, gdy jego ochroniarz decyduje się wejść do środka. Okazuje się też, że zaginął prezydencki tablet z super tajnymi i niebezpiecznymi informacjami. W kluczowym momencie nocy, gdy doszło do zabójstwa ktoś wyłączył monitoring w prezydenckiej rezydencji. A jeśli to dla Was za mało, żeby zainteresować się nowym serialem pt. „Paradise” na platformie Disney+, to dodam jeszcze, że wszystko to rozgrywa się w podziemnym mieście, które zbudowała w górach Kolorado najbogatsza kobieta w USA, aby ochronić 25 tysięcy wybranych Amerykanów przed globalną apokalipsą.
Whodunit w postapokaliptycznym, podziemnym Raju?
Gdy agent Secret Service i osobisty ochroniarz głowy państwa Xavier Collins (Sterling K. Brown) odkrywa zwłoki Prezydenta Cala Bradforda (James Marsden), a szybkie rozeznanie wskazuje, że morderca zadbał, by jego tożsamość nie została odkryta wiemy, że znalezienie odpowiedzi na pytanie, kto zabił? – będzie jednym z silników narracji serialu „Paradise”. Potencjalnych kandydatów na zabójcę znajdziemy co najmniej kilku, ale ciekawsze od pytania KTO?, okaże się pytanie DLACZEGO?

Szybko odkrywamy, że serial „Paradise” nie jest tylko kolejnym detektywistycznym thrillerem politycznym, w którym będziemy spokojnie podążać śladami detektywa w poszukiwaniu winnego morderstwa na szczytach władzy.
Kluczowy „twist” twórcy serwują nam pod koniec pierwszego odcinka, gdy ujawniają, że wszystko, co do tej pory oglądaliśmy (poza kilkoma retrospekcjami) rozgrywa się w sporym podziemnym mieście, zbudowanym wewnątrz masywu górskiego w Kolorado, a piękne promienie słoneczne rozświetlające pastelowe uliczki typowego amerykańskiego przedmieścia są w rzeczywistości lampami podwieszonymi pod sklepieniem gigantycznego bunkra, w którym rozgrywa się akcja.
Bohaterowie serialu „Paradise” i ich tajemnice
Przyznaję się bez bicia, że lubię takie gry i zabawy scenariuszowe, gdy zaczynając oglądać nowy serial, co chwila dostaję jakiś mały trop, z pozoru nieistotną wskazówkę, którą trzeba schować do odpowiedniej szufladki i poczekać aż uzbieramy więcej wskazówek, by móc powiązać tropy i rozwiązać zagadkę. Serial „Paradise” to dzieło Dana Fogelmana, który wcześniej zasłynął serialem „This is Us” (Tacy jesteśmy) – tam również scenariusz zawierał kilka zagadek i kilka planów czasowych, które widzowie musieli stopniowo rozkminiać.

Różne tropy pojawiające się w pierwszych odcinkach serialu „Paradise”, to m.in.: znalezione w sypialni prezydenta charakterystyczne kolczyki Agentki Nicole Robinson (Krys Marshall), która miała romans z zabitym prezydentem; sześciocyfrowy kod napisany na jednym z papierosów, które Collins dostał w paczce od prezydenta; tekst „Say YES” napisany na dłoni dr Gabrielii Torabi (Sarah Shahi), który pokazuje Collinsowi podczas przesłuchania po zadaniu mu pytania: czy nie jest po części zadowolony, że prezydent nie żyje? – Collins rzeczywiście żywił żal do prezydenta, wynikający zapewne z faktu, że jego żona nie załapała się na ewakuację do podziemnego miasta.

O ironio – w czasie, gdy w USA miliarder-maczysta Elon Musk rości sobie prawo do meblowania administracji nowego prezydenta i zdaje się wpływać na najważniejsze decyzje Trumpa, to w serialu „Paradise” w takiej roli obsadzono kobietę.
Postacią, która najwięcej tu skrywa i dzierży największą władzę jest właśnie Samantha Redmond (Julianne Nicholson) – którą służby określają kryptonimem „Sinatra”. Najbogatsza kobieta Ameryki, prezeska technologicznego giganta, która zbudowała podziemne miasto, skrywa osobistą tragedię – nagłą chorobę i śmierć syna, której pomimo swojej pozycji i władzy, nie była w stanie zapobiec.
Składanka największych hitów końcówki XX wieku
Prezydent USA to figurant i marionetka. Jego rola jest ściśle określona – ma być sympatycznym i atrakcyjnym dla wyborców mężczyzną, takim trochę kumplem z sąsiedztwa, na którego oddadzą głos w wyborach. A później ma już tylko stwarzać wrażenie, że panuje nad wszystkim i w ten sposób działać tonująco na obywateli.
Zawsze gdy wybory prezydenckie wygrywa ktoś słaby i zakompleksiony (Andrzej Duda), szalony (Donald Trump), niezbyt rozgarnięty (George W. Bush), pojawiają się sugestie, że za jego plecami schował się ktoś potężniejszy (ale z różnych powodów „niewybieralny”). Ten ktoś de facto steruje prezydentem i pociąga za sznurki. W serialu „Paradise” tą osobą jest Sinatra, ale też twardy, konserwatywny w poglądach ojciec prezydenta Kane Bradford (Gerald McRaney), który jak wynika z retrospekcji bezceremonialnie zmusił syna do podjęcia kariery politycznej, gdy ten chciał rzucić pracę w rodzinnym biznesem naftowym.

Obsadzenie w roli Cala Bradforda aktora James Marsdena, który w swoim CV aktorskim ma rolę prezydenta Johna F. Kennediego w nagradzanym filmie „The Butler” (Kamerdyner) z 2013 roku nie jest tu przypadkowe. Prezydent Bradford całymi dniami snuje się w szlafroku po swojej rezydencji, spotyka się z kochanką, gra w golfa oraz wpada do biblioteki, by wypalić sobie CD ze składanką ulubionych hitów z przełomu lat 1980/1990-tych, którą chce sprezentować swojemu nastoletniemu synowi. Jest takim „złotym chłopcem Ameryki” – jakim starał się być także Kennedy – choć za atrakcyjną fasadą kryją się różne niezbyt atrakcyjne sekrety.

Niektóre utwory z prezydenckiej składanki i ścieżki dźwiękowej serialu (niekiedy nagrane także w nowych aranżach) idealnie pasują do tego serialu, jak chociażby pozytywnie energetyczny „We build this City” grupy Starship, niezapomniany „Another Day in Paradise” Phila Collinsa, czy rockowe ballady „Every Rose Has Its Thorne” kapeli Poison i „More Than Words” – Extreme.
Czy na zewnątrz ktoś przeżył?
W takich serialach zawsze w końcu musi pojawić się pytanie – czy przeżyli tylko mieszkańcy podziemnego miasta Paradise? Czy poza bunkrem można było przetrwać? W serialu „Paradise” dość szybko dostajemy informację, że Prezydent zlecił misję badawczą, która w odpowiednich skafandrach wyszła na zewnątrz … i miała wrócić z informacją, że poza bunkrem można swobodnie oddychać, ale Billy, zabójca wynajęty przez Sinatrę, uśmiercił posłańców dobrej nowiny.

A zatem mieszkańcy Paradise są przez Sinatrę utrzymywani w nieświadomości i przekonaniu, że ich bliscy, którzy nie dostali się do bunkra z pewnością zginęli. W końcu też (odcinek 7) dowiadujemy się także, jakiego rodzaju „apokalipsa” wydarzyła się na Ziemi. Wielka erupcja wulkanu w Antarktyce, wynikające z tego masywne tsunami niszczące wybrzeża kolejnych kontynentów, a wreszcie konflikt nuklearny między największymi mocarstwami.
Podziemne konotacje i apokaliptyczne wątki sugerowałyby, że „Paradise” może być bliskim kuzynem rewelacyjnego serialu „Silos” na Apple TV+, ale nie jest! Podziemny świat bardzo dobrze udaje ten zewnętrzny i mieszkańcy zdają się zapominać, że niebo nad ich głowami to tylko komputerowa projekcja…
Ogólna ocena serialu PARADISE w skali 1-10
(*gdzie 1 – dno/badziewie, a 10 – cud/miód): 7
Serial „Paradise” to nie jedyna wizja życia pod ziemią po globalnej apokalipsie. Oglądaliście już serial „Silos”?
– zerknijcie na recenzję SERIALOVO.

Dodaj odpowiedź do „Dzień Zero” na Netflix o słabej Ameryce w erze kwitnącego populizmu – SERIALOVO Anuluj pisanie odpowiedzi