
Nowy hiszpański serial „Bunkier miliarderów” (ang. tytuł „Billionaires’ Bunker”) szybko zyskał popularność na Netflixie i wskoczył na 2. miejsce najpopularniejszych seriali na polskim rynku tej platformy. Biorąc pod uwagę wcześniejszą popularność serialu „Dom z papieru” (La Casa de Papel / Money Heist) można było się spodziewać, że i ta produkcja – reklamowana jako nowe dzieło twórców „La Casa de Papel” – wzbudzi ciekawość i zainteresowanie. Niestety, podobnie jak późniejsze sezony „Domu z papieru”, tak i „Bunkier miliarderów” to danie bardzo chaotyczne i przypominające filmowego Frankensteina – ulepione z tylu tropów i zgranych schematów, że momentami aż głowa boli…
„Bunkier miliarderów” jest wydumany i niechlujny koncepcyjnie
Serial „Bunkier miliarderów” rozpoczyna się od historii młodego chłopaka – Maxa Varela (Pau Simon) – który odsiaduje wyrok za spowodowanie tragicznego wypadku samochodowego, w którym zginęła jego dziewczyna. Mężczyzna uczy się przetrwania w ciężkich warunkach więziennych, a gdy w końcu wychodzi na wolność, na świecie wybucha wojna atomowa między największymi mocarstwami. A przynajmniej tak nam się wydaje…

Ponieważ Max jest synem jednego z hiszpańskich miliarderów, a jego rodzina wykupiła na taką okoliczność bezpieczną miejscówkę w Kimera Underground Park -specjalnym, ekskluzywnym bunkrze zbudowanym na głębokości kilkuset metrów pod dnem jeziora, to niemal natychmiast po wyjściu z więzienia chłopak, jego rodzice i chora na raka babka lądują w owym bunkrze. A my widzowie – razem z miliarderami, jesteśmy przekonani, że na świecie wybuchła wojna, w której ruscy zaczęli miotać pociskami nuklearnymi we wszystkich kierunkach…

Scenografia podziemnego bunkra jest naprawdę dopracowana i wszystko wygląda tam bardzo estetycznie i nowocześnie – prawie jak na statku kosmicznym z filmów sci-fi. Wszyscy miliarderzy dostają twarzowe, kobaltowe uniformy z ekoskóry, podczas gdy pracownicy bunkra noszą identyczne, ale w kolorze pomarańczowym.
Szybko jednak odkrywamy, że z pozoru sympatyczna ekipa pracowników bunkra – kierowana przez charyzmatyczną Minervę (Miren Ibarguren) – to tak naprawdę zwerbowana przez nią grupa oszustów, którzy wspólnie opracowali genialny plan, jak zdobyć fortunę…
Napięcie i więź z bohaterami umierają z każdym odcinkiem…
Jedyny moment, w którym oglądając ten serial czujemy jakąkolwiek emocjonalną więź z bohaterami, to właściwie sam początek – gdy wydaje się, że świat stanął na granicy atomowej apokalipsy. Później następuje szczegółowo wyreżyserowana przez ekipę Minervy sekwencja wydarzeń – wstrząsy w bunkrze imitujące pobliskie wybuchy, na ekranach telewizorów komunikaty o rozkręcającym się konflikcie jądrowym, utrata łączności ze światem zewnętrznym, aż wreszcie wysłanie na zewnątrz 2 osób z planem przywrócenia łączności.
Gdy miliarderzy widzą nakręcony wcześniej przez oszustów z wykorzystaniem efektów specjalnych obraz napromieniowanego świata, ich nadzieja na powrót do normalnego życia zostaje roztrzaskana. My zaś dowiadujemy się, że wizja apokalipsy to czysta mistyfikacja mająca zmusić bogaczy do zamknięcia się w podziemnym więzieniu, jakim de facto okazuje się być luksusowy bunkier.

Każdy odcinek tego serialu oferuje chaotyczną huśtawkę nastrojów – od przerażenia tym, co potencjalnie dzieje się na powierzchni, przez przeskalowane emocje prowadzące do bójek, a nawet zabójstw, po dziecinne gierki, romantyczne uniesienia i poszukiwanie szybkiego seksu przez znudzonych miliarderów.
Najbardziej jednak razi kompletna niekonsekwencja w konstruowaniu tej historii. Jeśli Minerva i jej wspólnicy są biedni i chcą wycisnąć kasę z miliarderów, to jakim cudem znaleźli grube miliony potrzebne na zbudowanie ultranowoczesnego podziemnego bunkra i jeszcze nakręcili wypasione filmy, które uwiarygadniają apokalipsę?

W nagromadzeniu absurdów „Bunkier miliarderów” zaczyna szybko dorównywać „Domowi z papieru”, więc trzeba przyznać, że chyba pan Alex Pina – odpowiedzialny za obie produkcje – po prostu inaczej nie potrafi. Duże nagromadzenie pobocznych wątków do pewnego momentu sprawdza się jako metoda odwracająca naszą uwagę od niekonsekwencji scenariuszowych, ale prędzej czy później sztuczność tej historii zaczyna się przebijać.
Postmodernistyczny bunkier obfitości
Konstrukcja „Bunkra miliarderów” jest dwutorowa – patrząc z perspektywy grupki bogaczy zamkniętych w podziemnym schronie mamy do czynienia z opowieścią o próbie dalszego życia w świecie po apokalipsie. Jest to zatem historia w stylu seriali „Silos” (Apple TV+), „Paradise” (Disney+), „Eternauta” (Netflix) czy „Helgoland 513” (SkyShowtime). Z kolei oglądając machinacje Minervy i podległej jej grupy oszustów – udających obsługę bunkra – śledzimy historię przekrętu finansowego („heist”) w stulu „Domu z papieru”. Biorąc całość do kupy, uzyskujemy coś na kształt „Truman Show,” co dodatkowo podkreślają wszechobecne kamery i podsłuchy, dzięki którym oszuści nadzorują miliarderów na każdym kroku.
Oglądając ten serial często miałem wrażenie, że kolejne wątki pojawiające się i znikające, miały za zadanie zostać odhaczone w kwestionariuszu weryfikującym, czy serial ma to „coś” potrzebne, by zyskać widzów na Netflixie. Mamy więc sporo tandetnych, telenowelowych wątków romantycznych okraszonych zbliżeniami seksualnymi. Czołowy miliarder – Guillermo Falcon (Joaquin Furriel) – na przestrzeni kilku odcinków ma zbliżenia z aktualną żoną, dziewczyną z obsługi oraz z żoną innego miliardera.
Mamy też dwa, bardzo płytkie wątki LGBT – otóż okazuje się, że chorująca na raka babka Maxa jest lesbijką i na finiszu życia, zaczyna aktywnie rozglądać się za jakąś panną dla siebie. Lesbijkami okazują się też być Minerva i lekarka należąca do ekipy oszustów, którą z kolei zabija zazdrosny młodszy brat Minervy

Wreszcie jest też Asia (Alicia Falco) – młodsza siostra zmarłej w wypadku dziewczyny Maxa, która musi się zmierzyć z silnymi emocjami na pograniczu nienawiści, obrzydzenia i silnego pożądania do tegoż Maxa, którego widok ciągle przypomina jej o ukochanej siostrze.
Najbardziej rozczarowuje sposób, w jaki oszuści mają zamiar wyprowadzić majątek miliarderów z ich kont. Ten wątek jest tak słaby, że nie będę tu tracił czasu na opisywanie jego zawiłości. Jeśli nie jesteście wielkimi fanami przeskalowanych emocji w stylu latynoamerykańskich telenowel, to naprawdę nie warto tracić czasu na ten serial!
Ogólna ocena serialu BUNKIER MILIARDERÓW w skali 1-10 (*gdzie 1 – dno/badziewie, a 10 – cud/miód): 4
Lubisz seriale z wątkiem apokalipsy lub życia w świecie po apokalipsie? – Sprawdź recenzje poniższych seriali!

Dodaj komentarz