
Serial „Rezydencja” (ang. tytuł „The Residence”) na platformie Netflix to jeden z tych tytułów, które na pierwszy rzut oka mają wszystkie składniki na hit, a jednak dostajemy wymęczony, przeciągnięty serial, który lepiej sprawdziłby się jako 2-godzinny film. Przedzieramy się przez długie 8 odcinków wypełnionych nieprzebranym gąszczem trzeciorzędnych i czwartorzędnych postaci, mnożących się w absurdalny sposób wątków i podwątków oraz ucząc się zawiłej topografii Białego Domu. Gdyby to jeszcze prowadziło do jakiegoś szokującego i powalającego na nogi finału! Ale nie, rozwiązanie tej zagadki nie jest szczególnie zaskakujące.
„Rezydencja” to retro whodunnit z ekscentrycznym detektywem na tropie mordercy
W marketingowym opisie serialu znalazłem takie oto zdanie: 132 pokoje, 157 podejrzanych, jeden trup, jedna ekscentryczna detektyw i tragiczny w skutkach prezydencki bankiet. Od razu wam powiem, że oni tak serio z tą liczbą podejrzanych – bo naprawdę miałem wrażenie, że cień podejrzenia wędrował po niemal wszystkich gościach feralnego bankietu i całej obsłudze prezydenckiej rezydencji.
„Rezydencja” to typowy serial kryminalny z gatunku „whodunnit?” (kto zabił?) z lekkim twistem komediowym, który powstał zapewne na fali sukcesu serii filmów „Na noże”, które reprezentują ten sam gatunek. Mamy więc detektywa – w tym przypadku panią detektyw – która ma za zadanie rozwiązać zagadkę tajemniczego morderstwa w Białym Domu.

Detektywem w tej historii jest niejaka Cordelia Cupp, w którą wciela się jedna z najciekawszych czarnoskórych aktorek – Uzu Aduba – znana z roli „Crazy Eyes” w serialu Orange is the New Black czy z ostatniej odsłony serialu Terapia, gdzie grała terapeutkę dr Brooke Taylor. Postać Cordelii Cupp została ulepiona z cech, które znamy z kart powieści Artura Conan Doyle’a czy Agathy Christie – nawet jej strój, hobby – ornitologia, i ulubiony gadżet – lornetka, pasują bardziej do detektywa z początków XX wieku.
Ameryka musi być naprawdę w totalnej rozsypce, jeśli -mając te wszystkie swoje FBI, CIA, NSA i najnowsze technologie – do rozwiązania zagadki morderstwa w rezydencji Prezydenta USA wzywa po kogoś, kto ewidentnie pachnie XIX-wieczną naftaliną. Ma to oczywiście swój walor komediowy, bo Cordelia Cupp zderza się w Białym Domu z różnymi agentami FBI, wojskowymi i ochroniarzami, ale jednak widzowi trochę ciężko ogarnąć, co ta dziwna babka z lornetką właściwie tam robi?!
Misz-masz społeczny, polityczny i rasowy
Wiem, że być może czepiam się za bardzo, bo przeciętny widz nie zwraca uwagi na takie rzeczy, ale ja zwracam, ale oglądając ten serial zastanawiałem się, w jakim czasie osadzona jest akcja tego serialu – czy to ma być współczesna nam Ameryka, czy jakaś alternatywna wizja przyszłości post-Trump, czy może jednak przełom XX/XXI wieku? Bohaterowie posługują się aktualnymi komórkami, więc raczej „współczesność”, ale kompletnie nic tu nie pasuje do siebie.

Ofiarą morderstwa – znalezioną w Pokoju Gier w czasie uroczystego bankietu „australijskiego” – jest A.B. Wynter (Giancarlo Esposito – świetny aktor znany z roli Gustavo Fringa w „Breaking Bad”) wieloletni Chief Usher, czyli taki szef personelu prezydenckiej rezydencji. Wynter jest czarny i jeśli rozejrzymy się po personelu rezydencji, to tak na oko jakieś 90 proc. stanowią osoby czarnoskóre lub „wielorasowe”. Tymczasem Prezydentem USA jest biały gej, a pierwszą damą – no cóż, mamy pierwszego gentlemana.
A zatem Ameryka dorosła do wybrania geja na prezydenta (choć jak wiemy, jeszcze nie potrafi wybrać kobiety), ale czarni jak za dawnych lat świetnie sprawdzają się w roli kelnerów, lokajów i kamerdynerów. Patrząc na „Rezydencję” od strony relacji społecznych i sytuacji mniejszości, to jest to taki klasyczny jeden krok do przodu i dwa do tyłu.
Komisja Senacka niepotrzebnym grzybem w barszczu
Dla urozmaicenia fabuły serial „Rezydencja” dodatkowo ma dwie linie czasowe – jedna to wydarzenia feralnej nocy, gdy odbywał się australijski bankiet, a druga to przesłuchania Komisji Senackiej, która jakiś czas później usiłuje wyjaśnić, co tak naprawdę się wydarzyło i czy śledztwo było prowadzone zgodnie ze sztuką.
O ile ta pierwsza linia trzyma jeszcze jako taki poziom, to pojawiające się w trakcie komisji zeznania niczego nie wnoszą i służą chyba głównie do lansowania się krzykliwej senatorce z Kolorado – Margery Bix (Eliza Coupe), która akurat może być dobrą ilustracją fenomenu karier takich bezwartościowych polityków jak Vance, Mentzen, Jaki czy Braun, co to więcej krzyczą niż mają w głowach. Dopiero w dwóch ostatnich odcinkach na Komisji pojawia się jeden kluczowy świadek, a także sama Cordelia Cupp w końcu zjawia się, by wyjawić, jak zdemaskowała zabójcę.
Postmodernistyczne gry intertekstualne
Tak, serial „Rezydencja” to także taka postmodernistyczna błyskotka, iskrząca się różnymi tropami i skojarzeniami, które co bardziej świadomi widzowie mogą dekodować. Obawiam się jednak, że wiele z nich może nie zostać zauważonych pod ciężarem całej opowieści.

Już tytuły nadane poszczególnym odcinkom serialu są wyraźnymi nawiązaniami do klasyki gatunku – wystarczy wspomnieć: „Dial M for Murder”, „The Fall of the House of Usher”, wspomniane już „Knives Out” czy „The Third Man”.
„Rezydencja” to także szeroka i ciekawa obsada, w której mamy takie kwiatki jak australijska piosenkarka Kylie Minogue grająca samą siebie, ale na bankiecie pojawia się także znany australijski aktor Hugh Jackman, który z kolei grany jest przez kogoś innego.

Wśród tropów, którymi jesteśmy zarzucani z odcinka na odcinek, kilka zasługuje na wyróżnienie. Interesujący jest np. emocjonalny konflikt dwóch szefów kuchni – szwajcarskiego mistrza deserów i Marvelli, gwiazdy nowoczesnej kuchni amerykańskiej, którzy toczą walkę o rząd podniebień w Białym Domu. Niezawodnymi źródłami humoru z pewnością są najbliżsi głowy państwa – jego brat nieudacznik i kleptoman oraz teściowa – alkoholiczka, ale także „trzeci człowiek”, czyli jeden z trójki niezaproszonych, którzy jednak jakimś cudem wbili się na prezydencką bibę mimo, że nie było ich na liście gości.

Czytałem te różne pochwalne recenzje na temat serialu „Rezydencja” (np. na Wyborcza.pl) – że niby genialny, stylowy, zabawny, z jajem, i co tam jeszcze? – No nie, ten serial ma rzeczywiście sporo fajnych składników, które jednak giną w natłoku przeciętności. Twórcy „Rezydencji” mieli ewidentnie problem z dokonaniem selekcji i odrzuceniem słabszych pomysłów. Przypuszczam, że dałoby się z niego wydestylować zgrabną i trzymającą tempo historię, ale to by wymagało skrócenia „Rezydencji” do 2-godzinnego filmu, w najlepszym wypadku 4-odcinkowego serialu.
Tak, znajdziecie w „Rezydencji” parę dobrych żartów sytuacyjnych, kilka ciętych ripost, z tuzin niepotrzebnych szarż aktorskich oraz garść celnych odniesień do innych dzieł pop-kultury, ale jednak jako całość „Rezydencja” nie tworzy treściwego serialowego dania, ale raczej zapychającą watę cukrową.
Jeśli dotrwacie do ostatniego 8. odcinka, to czeka was nagroda, bo akurat ten odcinek jest najlepszy.
Ogólna ocena serialu REZYDENCJA (THE RESIDENCE)
w skali 1-10 (*gdzie 1 – dno/badziewie, a 10 – cud/miód): 5.5

Dodaj komentarz