
„Dzień Zero” (ang. tytuł „ZERO DAY”) na Netflix to już kolejny serial – po „Paradise” na Disney+ – w którym Ameryka staje na skraju zagłady i kompletnego chaosu. Pomysły na te produkcje narodziły się zapewne na długo przed zwycięstwem wyborczym Donalda Trumpa, ale ich premiery tuż po przejęciu władzy w USA przez nową, populistyczną administrację w ciekawy sposób rymują się z aktualnymi nastrojami. „Dzień Zero” – najpopularniejszy aktualnie serial Netflixa – to portret Ameryki, w której obywatele co raz chętniej dają wiarę najbardziej kuriozalnym teoriom spiskowym, zamiast czerpać informacje z rzetelnych mediów wolą słuchać tyrad internetowych podcasterów, a w tym czasie szemrani miliarderzy, ruscy agenci i nadambitni politycy pozbawiają ich praw obywatelskich.
Kto śmiał zaatakować największe światowe mocarstwo?
Trwający raptem 1 minutę atak cybernetyczny na USA doprowadza do śmierci kilku tysięcy niewinnych ludzi w rozmaitych wypadkach i katastrofach w całym kraju. Na ekranach telefonów komórkowych Amerykanów wyświetla się wiadomość sugerująca, że podobny atak może się powtórzyć, ale żadne służby nie wiedzą, kto może stać za atakiem. Zdesperowana i próbująca utrzymać autorytet czarnoskóra Prezydent USA Evelyn Mitchell (Angela Bassett) – czyżby inspirowana Kamalą Harris? – decyduje się skorzystać z pomocy swojego poczciwego poprzednika na stanowisku.

Były prezydent USA George Mullen (Robert De Niro) porzuca nudne życie na politycznej emeryturze, by stanąć na czele specjalnej Komisji ds. Dnia Zero, której nadano bardzo szerokie uprawnienia (np. aresztowanie bez nakazu sądowego), gwałcące wszelkie prawa człowieka i konstytucyjne wolności. Autorytet byłego, ponoć bezpartyjnego (czy to w ogóle możliwe w USA?) prezydenta na czele tak niebezpiecznego organu ma uspokoić protesty zaniepokojonych aktywistów i Kongresu.

Sama konstrukcja tej Komisji budzi jako żywo skojarzenia z pomysłem PiS, który przed wyborami w 2023 r. chciał stworzyć podobnie absurdalną Komisję ds. badania wpływów rosyjskich, by pognębić ówczesną opozycję i Donalda Tuska. Oczywiście USA mają dłuższą tradycję specjalnych Komisji o dwuznacznym charakterze – wystarczy wspomnieć słynną Komisję senatora Josepha McCarthy’ego z lat 1953-1954.
Wszyscy ludzie Prezydenta Mullena…
George Mullen to starszy pan, który nie zdecydował się walczyć o drugą kadencję po tym, jak jego ukochany syn zmarł po przedawkowaniu narkotyków. Rzadko korzysta ze zdobyczy technologicznych i cały czas nosi przy sobie notes, w którym zapisuje najważniejsze spostrzeżenia, ale jedno zdanie przewija się w jego notatkach cały czas: Who Killed Bambi? – Jak się dowiadujemy „Bambi” to rodzinna ksywka zmarłego syna prezydenta, którego śmierć być może nie była wypadkiem i jest w jakiś sposób powiązana z osobami odpowiedzialnymi za obecny cyberatak…

Wokół Mullena kręci się parę osób, które mają coś za uszami – kluczowy wydaje się Roger Carlson (odmieniony, szczuplutki Jesse Plemons), który jest jego osobistym asystentem, ale także kochankiem jego córki Alexandry (Lizzy Caplan).
Alexandra Mullen – młoda i obiecująca kongresmenka – jest wyraźnie niezadowolona, że jej ojciec przyjął propozycję przewodzenia Komisji Dnia Zero. Jej partyjny szef i jednocześnie Speaker Izby Reprezentantów – Richard Dreyer (Matthew Modine) – deleguje Alexandrę do innej Komisji, która ma kontrolować pracę jej ojca. Dreyer to pozbawiony skrupułów karierowicz, który bez mrugnięcia okiem wykorzysta córkę przeciwko ojcu.
Mamy też Dyrektora CIA – Jeremy Lasch (Bill Camp) – który jak to każdy szef służb dba tylko i wyłącznie o to, by ściśle tajne sekrety służb nie ujrzały światła dziennego.

Żona Mullena – Sheila (Joan Allen) – kandyduje na stanowisko sędziego sądu apelacyjnego, a mając obawy, czy mąż nie zostanie wplątany w jakąś polityczną aferę ściąga jego dawną szefową sztabu Valerie Whitesell (Connie Britton), z którą byłego Prezydenta łączył romans, aby zadbała o jego komfort pracy… Valerie i Mullen mają pewną wspólną tajemnicę, którą nie chcieliby dzielić się z całym światem.
Podcasterzy rządzą światem, czyli kto pierwszy narzuci swoją narrację?
Jednym z najciekawszych, a jednocześnie najbardziej przerażających postaci w tym serialu jest Evan Green (Dan Stevens) – popularny komentator polityczny i podcaster prowadzący internetowy The Evan Green Show. Taki amerykański „Kanał Zero Stanowskiego” – typowy dupek, schlebiający niskim gustom swoich odbiorców i rozprowadzający wśród gawiedzi teorie spiskowe oraz narracje niszczące wizerunek ludzi, z których poglądami się nie zgadza. A poglądy ma oczywiście skrajnie prawicowe i libertariańskie.

Okazuje się, że Evan Green ma już tak silną pozycję, że większość polityków boi się z nim zadzierać. Na szczęście „analogowy” Mullen – nie przyklejony do smartfona – ma jaja, by go aresztować, gdy okazuje się, że mógł być elementem łączącym spiskowców stojących za cyberatakiem. Przyznam się, że mimo iż aresztowanie Greena miało niezbyt mocne podstawy, to sprawiło mi sporo frajdy, bo w końcu ktoś pokazał tym wszystkim szemranym siewcom kłamstw, gdzie ich miejsce.

Dzień Zero – rozwiązanie zagadki mniej satysfakcjonujące niż oczekiwałem
Nie będę zdradzał tutaj, kto stał za cyberatakiem i jakie są skutki krucjaty Prezydenta Mullena, ale muszę napisać, że znacznie ciekawsze były te wszystkie mylące tropy (np. Proteusz – tajny rządowy program broni neurologicznej, który miał trafić w niepowołane ręce?), które scenarzyści nam podsuwali w kolejnych odcinkach niż to, co finalnie odkrywa Mullen. Wystarczy też wspomnieć, że główni członkowie spisku, to wysoko postawiony polityk oraz tech-miliarderka, do której należą liczne popularne aplikacje obecne w smartfonach większości Amerykanów. Kogoś Wam to przypomina?
Ogólna ocena serialu DZIEŃ ZERO (ZERO DAY) w skali 1-10
(*gdzie 1 – dno/badziewie, a 10 – cud/miód): 7

Dodaj komentarz