
„Kulawe konie” (oryginalny tytuł to „Slow Horses”) to brytyjski serial dostępny na platformie Apple TV+, którego już 4. sezon niedawno miał swoją premierę.
Ostatni odcinek tego sezonu pokazano 9 października 2024 r., a ja już nie mogę się doczekać kolejnego! Osobiście uważam, że to jeden z tych seriali, dla których warto wykupić abonament Apple TV+. Choć moja opinia na temat „Kulawych koni” ewoluowała z sezonu na sezon.
W „Kulawe konie” wkręcamy się powoli…
Tak, myślę, że Slow Horses to jeden z tych seriali – do których zaliczyłbym też np. Breaking Bad – które nie od razu wzbudzają zachwyt i powoli się rozkręcają. To rozkręcanie trwa, bo musimy poznać sporą liczbę postaci i ich historię, która najczęściej ma wpływ na to, co teraz robią. Ale gdy już się oswoimy z bohaterami, to każdy odcinek staje się prawdziwą ucztą!
Pierwszy sezon był dość przewidywalny, a główna sprawa, którą w nim rozwiązywano – niezbyt ekscytująca. Ot jakaś ekstremistycznie prawicowa organizacja – Synowie Albionu – porywa młodego Pakistańczyka i grozi jego dekapitacją transmitowaną na żywo. Sprawa jest polityczna, bo z organizacją mają związki różni poważni politycy, a dodatkowo służby MI5 mają w niej swoją tajną „wtyczkę”. Hmm, a może to jednak brzmi ciekawie? No sam już nie wiem, ale jednak pozostanę przy opinii, że każdy kolejny sezon był jeszcze lepszy.
Witamy w czyśćcu dla skompromitowanych agentów!
Ale czym właściwie są tytułowe „Kulawe konie”? – Zacznijmy od tego, że serial jest adaptacją cyklu powieści szpiegowskich Slough House, których autorem jest Mick Herron. Slough House to zapuszczony budynek, w którym rezyduje wydział MI5, uważany za zesłanie, swego rodzaju „czyściec” dla agentów, którzy nie sprawdzili się w akcji, popełnili rażące błędy, skompromitowali brytyjski wywiad. Od nazwy budynku – który swoją drogą przypomina nieremontowaną od 50 lat, sypiącą się kamienicę z warszawskiej Pragi – o zesłanych tam agentach mówi się „slow horses”.
Teoretycznie zesłani do Slough House mają za zadanie wertować, segregować i archiwizować tony nikomu niepotrzebnych dokumentów, ale w praktyce – ciągnie wilka do lasu i zawsze wmieszają się do jakiejś poważnej akcji prowadzonej przez prawilnych agentów MI5, których centrala mieści się przy Regent’s Park.

Gary Oldman kradnie show dziurą w skarpetce
Nie napisałem jeszcze najważniejszego – na czele tego wydziału nieudaczników stoi Jackson Lamb (w tej roli genialny Gary Oldman) – niegdyś jeden z najlepszych angielskich szpiegów, a teraz zepchnięty na boczny tor, na „wewnętrzną emigrację”. Lamb ciągle jednak ma różne kontakty z dawnych czasów i potrafi przechytrzyć cały Regent’s Park, mimo że nie dba o higienę osobistą, ostentacyjnie chodzi w dziurawych skarpetkach i puszcza bąki w najmniej stosownych momentach…
Jackson Lamb to trochę taki Michael Scott z The Office w wersji czarno-komediowej – jest opryskliwy, nie poważa swoich podwładnych, czasem sam ich wpuszcza w kanał lub wystawia na różne niebezpieczeństwa, ale ostatecznie zawsze o nich pamięta i dba o ich interesy. A praca w Slough House wbrew pozorom nie jest bezpieczna, bo niemal w każdym sezonie jeden z członków ekipy Lamba ginie podczas akcji.
Układanie uniwersum „Slow Horses” ze strzępków informacji
Serial ma tę książkową konstrukcję, czyli każdy sezon to jedna wiodąca sprawa, której rozwiązanie zajmuje 6 odcinków, które składają się na każdy sezon. Ale poza tą „dużą sprawą” mamy też wiele wątków i retrospekcji, które przeplatają się poprzez wszystkie sezony i budują całe uniwersum tego serialu.

Mamy więc młodego, dobrze zapowiadającego się agenta Rivera Cartwrighta (Jack Lowden), który przez fatalną pomyłkę w testowej akcji zostaje zesłany do ekipy Lamba i cały czas próbuje w jakiś sposób odkupić swoje winy, by móc wrócić na Regent’s Park. Ale River ma też swoją oddzielną historię rodzinną, którą bardzo wolno odkrywamy – jest wnukiem jednego z czołowych oficerów MI5, obecnie coraz bardziej pogrążającego się w demencji Davida Cartwrighta (Jonathan Pryce). Wychowywał go dziadek, ale co konkretnie stało się z jego rodzicami? – To jedna z niespodzianek, którą odkryjemy przy okazji rozwiązywania głównej sprawy w 4. sezonie.
Jedną z moich ulubionych postaci jest Catherine Standish (Saskia Reeves) – z pozoru sympatyczna pani po sześćdziesiątce, która organizuje prace biurowe w Slough House. Trochę matka, opiekunka, sekretarka i szefowa biura w jednym. Jak się stopniowo dowiadujemy Standish ma długą historię pracy w MI5 – była w przeszłości asystentką poprzedniego szefa MI5. Z retrospekcji możemy wnioskować, że ów szef był ruskim agentem, a Jackson Lamb odkrył to i go zlikwidował. Standish nigdy nie poznała prawdy, ale Lamb otoczył ją dyskretną opieką.

Walka o władzę nad MI5
Diana Taverner (Kristin Scott Thomas) – to vice-dyrektor MI5 (tzw. second desk), a w praktyce jest osobą, która zarządza większością akcji prowadzonych przez Regent’s Park. Często działa też na pograniczu prawa i poza radarem swojej szefowej (a później szefa), do czego przydatna okazuje się ekipa Lamba. Od pierwszego sezonu widzimy, że to kobieta o dużych ambicjach – chciałaby stanąć na czele MI5, ale ciągle coś lub ktoś staje jej na drodze i musi zadowolić się pozycją nr 2. W 4. sezonie – gdy Diana już witała się z gąską po odejściu szefowej – została znów pominięta, a na Dyrektora MI5 wybrano jakiegoś faceta, ot kolejnego polityka z zerowym doświadczeniem w służbach, którego Diana musi prowadzić za rękę niczym dziecko w mgle. Jestem bardzo ciekaw, czy w kolejnym sezonie Taverner w końcu osiągnie swój cel?
Nie będę już pisał o Roddy Ho (Christopher Chung) zabawnym geeku-informatyku pochodzenia azjatyckiego, który w świecie cyfrowym może wszystko i nie raz ratuje „Kulawe konie” z tarapatów, ale tak prozaiczna rzecz jak zaproszenie dziewczyny na randkę całkowicie go przerasta.
Ogólna ocena serialu Kulawe konie w skali 1-10
(*gdzie 1 – dno/badziewie, a 10 – cud/miód): 8.5

Dodaj komentarz